Kradną na części
Co roku z warszawskich ulic ginie 10 tyś. Samochodów. Najczęściej giną matizy, polonezy i maluchy. 80 proc. Z nich trafia do dziupli, a potem na giełdy jako części zamienne.
Prawo po stronie złodziei
W Polsce niemal legalnie sprzedaje się kradzione części samochodowe
Złodzieje kradną auto nie po to, by je sprzedać w całości. Bezpieczniej jest rozebrać pojazd na części i sprzedać na szrocie lub giełdzie. To się opłaca nie tylko złodziejom. W ubiegłym roku w stolicy zginęło prawie 10 tys. aut. Większość z nich posłużyła jako "dawcy organów" dla innych pojazdów. - 80 proc. samochodów kradzionych jest na części. Aby temu zapobiec, obrót częściami samochodowymi trzeba ująć w ramy prawne, które zmuszą sprzedawcę do udokumentowania źródła ich pochodzenia - mówi nadkom. Sławomir Piekut, naczelnik wydziału do walki z przestępczością samochodową KSP.
Skradzione auto trafia do dziupli, gdzie rozbierane jest na elementy. Demontaż odbywa się także w lasach, np. w okolicy Legionowa czy Wołomina. Jak mówią stołeczni policjanci, rozbiórka matiza trwa 3-4 godziny. Każdy element jest ładowany do wozu dostawczego i trafia do zaprzyjaźnionego ze złodziejami warsztatu samochodowego lub na giełdę, np. do Słomczyna.
- To nieprawda, że cały obrót częściami na giełdzie w Słomczynie pochodzi ze skradzionych aut. Jednak podczas wspólnych kontroli z urzędem skarbowym znajdujemy wiele elementów pochodzących prawdopodobnie z kradzieży - mówi Tadeusz Kaczmarek, rzecznik mazowieckiej policji. Proceder handlu nielegalnymi częściami kwitnie też na szrotach. Aby założyć taką firmę, wystarczy zarejestrować działalność gospodarczą. Praktycznie nikogo nie obchodzi, skąd pochodzą części.
- Firmy oferujące sprzedaż używanych części są świetnym miejscem do legalizowania lewego towaru. Ich właściciele są w stanie zapewnić np. drzwi od danego samochodu w wybranym przez klienta kolorze w ciągu kilku dni. Złodzieje działają na konkretne zamówienie - mówi oficer operacyjny KSP.
Także jeśli w warsztacie samochodowym części są tańsze niż w sklepie o około 40-50 proc., można przypuszczać, że pochodzą z kradzieży. Klient nawet nie wie, że jeździ autem, którego fragmenty pochodzą z kradzieży. Procederowi sprzyjają także zakłady ubezpieczeń. Jeżeli po wypadku koszt naprawy przekracza 70 proc. wartości auta, to klient dostaje tylko część odszkodowania i wrak trafia do niego. Oczywiście, nie ma problemu ze zbyciem zniszczonego pojazdu. Kupują go złodzieje, a potem wymieniają uszkodzone elementy na te pochodzące z kradzieży. Tak wyremontowane auto jako zupełnie legalne i sprawne trafia na ulice.
Pomysł fabrycznego znakowania każdej części upadł. Teraz myśli się o wydawaniu certyfikatów. - Każda część, nawet ta używana, powinna być sprawdzana pod kątem dopuszczenia do ruchu. Rzeczoznawca powinien też sprawdzać, z jakiego auta pochodzi używany element i czy nie jest kradziony - uważa dr Włodzimierz Sell, rzeczoznawca PZM.
Policja i prokuratura ścigają złodziei i paserów, jednak nie ukrywają, że to walka z wiatrakami. - Zdarza się, że zatrzymujemy pasera, który ma w garażu np. tysiąc elementów samochodowych. Przypuszczamy, że wszystkie pochodzą z kradzionych pojazdów, ale jeśli nie ma na nich numerów identyfikacyjnych, nie możemy nikogo ukarać - żali się Maciej Kujawski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Jak przyznają rozgoryczeni policjanci, którzy ścigają złodziei samochodów, nikomu nie zależy na walce ze złodziejami. W procederze uczestniczą warsztaty, które montują kradzione części, stacje obsługi, które przymykają oko na przebite numery, oraz wydziały komunikacji, które rejestrują auta bez ich sprawdzenia.
Źródło: Życie Warszawy
Data: 2004-01-27
Autor:Sebastian Sulowski, Rafał Pasztelański